Mamy szpital państwowy [SPZOZ konkretnie, a nie spółka - to ważne]. Taki szpital posiada ułomną osobowość prawną. Niby może podejmować decyzje we własnym zakresie, niby może sprzedawać usługi ale tylko czasem i trochę1. Nie może też bez zgody organu założycielskiego prowadzić inwestycji. Szpital taki ma z założenia leczyć populację wszelkimi dostępnymi środkami – tj. takimi, za które NFZ ma akurat kaprys płacić. Ew na własny koszt wiedząc, że nikt pieniędzy nie zwróci. Można zawsze pozwać NFZ i procesować się najbliższe 5 lat, zmarnować setki tysięcy zł na te procesy i wygrać. Oczywiście wygrana wcale nie oznacza, że NFZ wypłaci pieniądze bo NFZ jest tak samo ułomny jak ZUS i za nic ma wyroki sądowe. Wszak państwo prezesostwo nie ma żadnej odpowiedzialności cywilnej z tytułu partactwa więc przepierdolenie 4 mln zł nie robi na nich najmniejszego wrażenia. A jak każą płacić to się podam co dymisji. My stracimy czas i pieniądze a NFZ będzie z nas miał polewkę.
Od pewnego czasu do rozliczania świadczeń szpitalnych [HOS] wymagane jest wpisywanie przy skierowaniu kodu VII i VIII księgi rejestrowej. W czym problem? A no w tym, że prywaciarze mają w głębokim poważaniu ich pisanie na skierowaniach. Szczególnie prywatne gabinety mają z tym problemy. Jak szpital źle wystawi skierowanie (tj. bez kodów) to prywaciarz nie przyjmie bo może. Jak prywaciarz zjebie skierowanie to szpital przyjmie bo musi. Zostało jeszcze jedno niewymagane pole pt. „Numer RZOZ”. Póki co, niewymagane. Jak znam życie to do końca 2012 stanie się wymagane i puszczą weryfikację wsteczną. Od stycznia. To takie fajne kazać poprawiać 50 000 świadczeń tym lamusom z dołu – pomyślała tępa cipa zatwierdzająca weryfikację. A jak nie poprawią to będą musieli oddawać pieniądze.
Art. 15. Ustawy o Działalności Leczniczej
Podmiot leczniczy nie może odmówić udzielenia świadczenia zdrowotnego osobie,
która potrzebuje natychmiastowego udzielenia takiego świadczenia ze względu na
zagrożenie życia lub zdrowia.
W praktyce 99% zdarzeń kwalifikuje się pod albo zagrażające życiu albo zagrażające zdrowiu. Inaczej się nie idzie do szpitala. Skierowanie do poradni kardiologicznej? Nie pójdzie – może jebnąć na zawał. Złamał paznokieć? Nie dostanie się – może jebnąć na zakażenie. Skierowanie na CT? Nie pójdzie – może jebnąć na coś co ma być prześwietlone. Wymieniać można bez końca.
Ciekawa jest mentalność ludzi. Jeżeli nie przyjmie mnie przychodnia to idę do innej ale jeżeli nie przyjmie mnie szpital to „Kurwa rozjebie was, zwolnię, naśle sanepid, inspekcje handlowa i 7 plag egipskich a później wpierdolę wasze flaki”. Do tego obowiązkowe opisanie wszystkiego w gazecie lokalnej. Pomijam fakt żenującej wiedzy redaktorów nt. prawa placówek medycznych i sytuacji, w której mogą odmówić. Ci są dopełniaczem. Tłumaczyć się z tego trzeba długo i srogo. Z reguły winny jest pacjent bo przylazł bez dokumentu ubezpieczenia na wizytę zaplanowana od 3 miesięcy i awanturuje się, że musi być przyjęty. Nie musi, dokumentu można nie mieć w przypadkach nagłych – wtedy sporządza się oświadczenie o doniesieniu takowych w ciągu 7 dni.
Wspomniałem o oddawaniu pieniędzy. Jeżeli myślicie, że weryfikacje w listopadzie opiewające na 7 miesięcy wstecz to ponury żart to Was rozczaruję. Nie tak dawno (tzn. ze 2 lata będą ale jeszcze nami rzuca) była taka wesoła weryfikacja wsteczna. I oczywiście wszystkie pozycje poskreślane, do poprawki. Jak nie udało się czegoś poprawić to trzeba oddawać kasę. Kasę, którą już dostaliśmy i wydaliśmy. Paremia lex retro non agit? Niestety nie tym razem i nie w przypadku umowy NFZ-Szpital. Szpital w umowie nie jest stroną tylko murzynem od odwalania roboty za śmiesznie niską zapłatę. Na tyle śmieszną, że prywaciarze nie chcą się na te ochłapy rzucać bo są na skraju rentowności. Można za nie leczyć ludzi ale zapomnijcie o nowych technologiach medycznych. Można wsadzić w pacjenta endoprotezę barku za 9 000 ale zależy to od szpitala. Bo można użyć takiej za 3 500. Ten ma narzuconą konieczność utrzymania się, zachowania rentowności i leczenia ludzi z użyciem „aktualnej wiedzy medycznej”. Coś co się wyklucza nawzajem bo chcąc zarobić więcej, kupię tańsze półprodukty. Kupując tańsze półprodukty nie mam co liczyć na najwyższą jakość i technologię. Więc muszę kupić albo dobre rzeczy i ponieść stratę (pardon, ujemny wynik finansowy – modny termin) albo kupić kiepskie rzeczy, z których klient nie będzie zadowolony. Naturalnie NFZ chciałby płacić za te najtańsze, dostając to co najlepsze. Ot niezrozumienie praw rynkowych. Więc wszczepia się pacjentom tanie endoprotezy z decyzji dyrekcji bo drogie i dobre są za drogie. Technologia kosztuje.
Zatem Szpital nie jest partnerem dla NFZ w rozumieniu prawnym. Nie jest nim bo nic mu nie wolno. Umowa jest skonstruowana w ten sposób, że jedna ze stron ma wszystko podane na tacy – może karać za co chce, może zmieniać warunki umowy kiedy chce i może dawać i zabierać kiedy chce. Jak nie da się zabrać „bo na nowy ekspres do kawy nie starczyło” to robi się nowy wymóg, wprowadza się go w kwietniu z mocą obowiązującą od lutego i zabiera się pieniądze z powodu nie spełniania wymogów. Szpital też może wymagać! Pewnie, na drodze cywilnej. Pozywając NFZ. Prośby i błagania nie działają. Niepodpisanie kontraktu to też zły pomysł bo NFZ w ogóle nie interesuje, że właśnie pozbawili 50 000 ludzi opieki medycznej. NFZ to urząd a urzędnikom koło huja latają takie błahostki.
14 dni.
Wnioski wszelakiej maści, pozwalające szpitalowi na rozliczenie pewnych świadczeń wymagają zgody NFZ. Tzn najpierw się udziela świadczenia i ponosi koszty (czemu – patrz art 15.), a później składa prośbę o udzielenie pozwolenia. Do najpowszechniejszych należą:
- Inny problem medyczny stwierdzony podczas leczenia (płatne 60%) – kiedy np:. pacjent ze złamaniem szyjki kości udowej zaczyna migotać i trafia na kardiologię celem ustabilizowania – oba oddziały ponoszą koszty, drugi oddział dostanie 60% wartości punktowej normalnego świadczenia. Lepszy rydz jak nic.
- Błędna odległość między hospitalizacjami – pacjentowi, żeby było legalnie i z zachowaniem norm wszelakich przysługuje 1 hospitalizacja na 14 dni. Tzn jeżeli dostaliście zawału 1 marca i wyszliście 10 marca, gdzie przed własnym domem znów dostaliście zawału to wg NFZ nie przysługuje wam leczenie. Oczywiście, że szpital musi przyjąć i zająć się Wami (patrz art. 15.) ale musi składać wniosek dlaczego zostaliście przyjęci w terminie krótszym jak 14 dni. Powiedzenie do słuchawki „Bo kurwa jego mać facet dostał zawału po wyjściu ze szpitala” nie jest argumentem. Trzeba popełnić wniosek błagalny via SZOI.
- Hospitalizacja tego samego dnia u tego samego świadczeniodawcy – zdarza się, że pacjent przechodzi z interny na kardiologię bo lekarz myśli, że rozjebał system i oba oddziały dostaną punkty. Nie dostaną bo powinno to być w ruchu międzyoddziałowym – błąd oznacza z reguły konieczność usunięcia rozliczenia jednego oddziału.
- Świadczenie wykonane na wyższym niż posiadany poziomie referencyjnym – rodzi się wcześniak, wg NFZ oddział położniczo-ginekologiczny mający I poziom referencyjny nie może go przyjąć. Nie może ale musi (patrz nieśmiertelny art. 15.). Wcześniaki wymagają II poziomu referencyjnego.
I nie byłoby w tym absolutnie niczego dziwnego gdyby nie terminy narzucone przez NFZ. Zgodnie z poprzednim rozporządzeniem, wnioski (wszystkie) można było wysyłać do 10 dnia każdego kolejnego miesiąca za miesiąc poprzedni – tj. normalny okres rozliczeniowy miesięczny. Ktoś jednak zauważył, że za mało można z tego uciąć bo szpitale się niestety wyrabiają z wnioskami i nie można odbierać pieniędzy, które się im należą. Co należy zrobić? Skrócić termin składania wniosków! 21 dni? Nie! 14? Nie! 7! O! To jest to. Ktoś podłapał pomysł z bogatego województwa, gdzie informatyzacja jest na porządku dziennym i obieg informacji sprowadzony jest do wysłania zapytania do serwera, że są biedne województwa, w których zamiast finansować rozwój nakłada się co rusz nowe, wysokie wymagania i stawia nowe siedziby. A szpitale w takowych zapierdalają na kartonie. Zanim informacja od wypisaniu pacjenta dojdzie od lekarza do kodera (przez wszystkie szczeble biurokracji) mija kilka dni. Jak minie 7 dni to nic się już nie da zrobić. Gratuluje pomysłowości. Mistrzowie marketingu.
Izba Przyjęć/SOR
Był ktoś kiedyś? Z czym Wam się kojarzy? Kolejka jak po wędlinę za PRL, prawda? To jest właśnie izba przyjęć. Śluza między szpitalem a otoczeniem zewnętrznym. Twór takowy służy jak sama nazwa wskazuje do przyjmowania pacjentów na oddziały.
Szpitalny Oddział Ratunkowy. A to z czym? Zapewne z miejscem, do którego przyjeżdżają karetki i zostawiają zawartość. Znów dobra odpowiedź. Na czym więc polega problem? Jak zwykle w NFZ, który płaci albo za SOR albo za IP. Nie można mieć opłacanych obu komórek mimo posiadania ich w rejestrze. Albo masz IP albo SOR. To nie jest jeszcze tragedia. Tragedia zaczyna w momencie stwierdzenia przez NFZ, że SORu nie dostaniecie bo huj wam w dupę. Będziecie mieć IP. Tylko troszkę wam utniemy ryczałt dniowy. Tak o 50%. Robić będziecie to samo – my o tym dobrze wiemy – ale oszczędzimy rocznie jakiś milion zł. A to tylko jeden szpital.
I w ten sposób szpital nie ma karetek bo przegrał przetarg, nie ma SORu, a karetki jak przyjeżdżały tak przyjeżdżają, a ludzie z urazami jak przychodzili tak przychodzą. Jedyną różnicą jest to, że nie jest obowiązkowa stała kadra dyżurująca (parka internista + urazowiec). Dla ścisłości SOR i IP pod względem rozliczania to jedno i to samo.
Gratuluję, przez wiele lat przyzwyczajaliście ludzi do wygody otrzymywania wszystkich świadczeń w jednym miejscu. Przypomnę – Wojewódzkie Szpitale Zespolone były tworami skupiającymi w sobie:
- Szpitalnictwo zamknięte
- Opiekę ambulatoryjną (przychodnie specjalistyczne)
- Podstawową opiekę (lekarzy rodzinnych)
- Placówki terenowe
- Opiekę społeczną
Wszystko miało pokryć siecią cały obszar działania zapewniając (w teorii) sprawne działanie. Nie do końca się sprawdziło ale działało całkiem sprawnie. Za wyjątkiem ostatniego punktu było to połączenie prawie doskonałe. Prawie, bo z jakością bywało różnie ale nie trzeba było sterczeć w kolejce u prywaciarza 3 miesiące, później 2 miesiące w przychodni przyszpitalej, następnie czekać na przyjęcie do szpitala i jeszcze na badania kilka miesięcy. No i jedzenie było nieporównywalnie lepsze. Wiele osób wolało mieć zrobione badanie na kiepskim sprzęcie natychmiast niż na nowoczesnych aparatach w stolicy za pol roku. Na te najdroższe i tak trzeba było czekać i tak. Że nie było innej alternatywy to inna para kaloszy. Nie było bo były kasy chorych, każdy był przydzielony do jakiejś i to kasa miała zapewnić opiekę zdrowotną. Finansowanie nie było szczytem marzeń ale było nieporównywalnie lepsze od NFZ. Bywały niewypały jak białe wielkie książeczki, które lezą teraz w szufladzie jako relikt ubiegłej epoki i byli niedbali lekarze. To było i będzie się zdarzało zawsze. Idąc tropem przemian ustrojowych musieliście spierdolić sytuację.
NFZ zwyczajnie nie jest od finansowania leczenia tylko od przepierdalania pieniędzy na niewiadomoco i płakanie, że nie ma więcej na leczenie podatników. Ale nową siedzibę to sobie jebniemy. Jebliśmy. Fajna jest.
- jeżeli „pierwsza zmiana” jest od 8-16 to tylko w tych godzinach można zarabiać, później są tylko dyżury – bzdura [↩]
