Fotorelacja z dzisiejszej wycieczki drugiej kamienicy przy Jagiellońskiej mianowanej do nazwy Opuszczonej.
Fotorelacja z dzisiejszej wycieczki drugiej kamienicy przy Jagiellońskiej mianowanej do nazwy Opuszczonej.
Blog ma nowy adres http://kartoflowe-pole.com
Dlaczego tak się stało napiszę kolejną notkę. Przy okazji wystawiając opinię dostawcy.
Poniżej przedstawiam relację z wypadu z Patrykiem na opuszczony dom. Dom finalnie okazał się starą cegielnią z dwoma magazynami obok. Nie mogło się obejść bez wejścia do środka
Nowy rok, nowy plan możnowładców jak zaoszczędzić na społeczeństwie i ukraść jeszcze więcej. Tragedia w trzech aktach
Akt pierwszy: Recepty
W zeszłym roku Partia Rządząca uraczyła nas koniecznością chodzenia do specjalisty po leki na choroby przewlekłe. Trochę się później zrehabilitowali i poszli po rozum do głowy. Tym razem nie jest dobrze. Właściwie żadna to nowość. Dawno nie udało się wyprodukować nic pożytecznego. Ani Ministerstwu ani NFZ
Bunt lekarzy, bunt aptekarzy. Ministerstwo i NFZ swoje. NFZ chce obciążać lekarzy za źle wypisane recepty – ulgę mają dostawać tylko pacjenci ubezpieczeni. W teorii idealne. W praktyce porażka na całej linii. Lekarze nie zgadzają się na odpowiedzialność finansową za udzielenie świadczenia (jakim wypisanie recepty jest) co z jednej strony jest naturalne a z drugiej całkowicie nielogiczne. Naturalne bo z jakiej okazji mając POZ i przychodzących tam ludzi mają mnie obciążać za brak uprawnień pacjenta. No właśnie. To lekarz POZ powinien przed wypisaniem recepty sprawdzić czy należy się ona pacjentowi. Tego robić nie chcą bo za dużo zachodu. łatwiej przystawić pieczątkę „Do decyzji oddziału NFZ” i niech idzie w pizdu. Pacjent chory albo poczeka albo kupi receptę płatną 100% – na co liczy NFZ. Problem sam się rozwiązuje. Pieniądze zostają w kieszeni płatnika, gospodarka jest napędzana, hurtownie się cieszą.
Naturalnie inną sprawą są szpitale i nocna pomoc lekarska bo często są atakowane przez ludzi w środku nocy oraz święta. Trudno wymagać od człowieka żeby wiedział kiedy mu dziecko zachoruje, a jeszcze trudniej żeby w ataku strachu o potomstwo myślał o dokumencie ubezpieczenia. Dziecko czekać nie może więc człowiek także wykupi receptę płatną 100%. Zwrotów jak rozumiem nie będzie. Pacjent pójdzie więc do szpitala, gdzie będzie musiał zostać zaopatrzony. Oszczędzamy 1x na receptach, tracimy 2x na lekach. Widocznie mechanizmy rynkowe są dla niektórych czarną magią.
Wracając jednak do lekarzy POZ. Są na całkowicie innych zasadach, płatne mają per capita – za zarejestrowanego pacjenta. Pacjent nie musi wcale przychodzić do przychodni. Ta i tak dostanie pieniądze za sam fakt posiadania delikwenta w aktach. Jakby tego było mało pacjenci są wysyłani do szpitali bez jakichkolwiek badań. Takie rzeczy należy natychmiast zgłaszać do funduszu. Bóle brzucha są kierowane bez USG, inne schorzenia bez żadnych badań laboratoryjnych. Uderza to w szpital bo musi diagnozować pacjenta na swój koszt a POZ zszedł z kosztów. USG i RTG, a także szereg badań laboratoryjnych jest obowiązkiem lekarza rodzinnego. Dostają na to pieniądze ale chcą uczynić każde świadczenie opłacalnym. Tak się nie da. To właśnie odpowiedź na pytanie czemu mamy taki wysyp POZ i tak dobrze się prowadzą. Szpitalnictwo i specjalistyka (AOS) mają kontrakty. Kontrakt to maksymalna kwota jaką NFZ ma ochotę (dokładnie tak) zapłacić za usługi dla „ogółu”. Ogół jest tak obliczony, że nie obrazuje nawet 50%. Jeżeli szpital ma 56 000 pkt na kontrakcie przy cenie punktu 52zł i wykona 56 100pkt to nie dostanie więcej niż zapisane. Wchodzi w grę tylko pozew sądowy i kilka lat tułaczki. Jeżeli zrobi 52 000 to dostanie za tyle ile wyrobił. Tym różni się szpitalnictwo od lekarza rodzinnego. Mało tego. Jeżeli średnia miesięczna przy 56 000 wynosi 4666.6/miesiąc, a na koniec miesiąca mamy wyrobione 4600pkt i przychodzi mocno połamany pacjent, który kosztuje 400pkt (ortopedia hello) to nie dostane za miesiąc 4666pkt, a reszta nie przejdzie na miesiąc kolejny. NFZ nie płaci za punkt tylko za hospitalizację. Jeżeli nie uda się wpasować idealnie punktów to powstają nadwykonania z powodu niewykonania. Sposób na to jak wykonać umowę nie dając świadczeniodawcom (podmioty lecznicze) absolutnie żadnej możliwości obrony. Umowa z NFZ nie jest umową, w której strony są równe. Fundusz jest Panem i Władcą, podmiot leczniczy sługą, a pacjent… pacjenta wszyscy mają w dupie.
Akt drugi: Gdzie się leczyć w 2012
Nigdzie, należy natychmiast umrzeć. Za zaoszczędzone pieniądze ZUS postawi nową siedzibę, a NFZ przyklaśnie z radością bo mniej mord do leczenia. Zawsze to oszczędność. Kontrakty ze świadczeniodawcami w założeniach miały wymuszać utrzymanie przez nich pewien poziom jakości. Dla wszystkich w kraju jednakowy. Praktyka pokazała coś innego. NFZ w drodze konkursu stwierdził, że żadna poradnia jest lepsza od działającej na pół gwizdka, a także duży szpital z zastępem lekarzy i sprzętu ma mniejsze szanse na podpisanie umowy od małego POZ. Tak straciliśmy rehabilitacje oraz urologię. Logika poszła się jebać. Jak zwykle uderza to w wielospecjalistyczne placówki. A jakie to placówki? Oczywiście publiczne bo nikogo innego za sprawą kalekich ustaw nie stać na takie rarytasy.
Od 2012 nie mamy kilku poradni. M.in ortopedycznej oraz chirurgicznej. Kiedyś z zerwanym paznokciem albo rozbitym łukiem brwiowym szło się do poradni chirurgicznej, szybkie szycie i won. Teraz trzeba znaleźć sobie innego lekarza. Nikt nie poinformował pacjentów gdzie mają się leczyć, nie wiedzą nawet, że poradni w której leczyli się od X lat już nie ma. Nie ma kto wyciągać dokumentacji bo ludzie zwolnieni, nie ma kto jej przyjmować. Burdel na kołach. Odsyłamy wszystkich do siedziby NFZ po takie informacje. NFZ nie wie co się dzieje i się obraża. NFZ nie jest od informacji. NFZ sam nie wie po co istnieje.
Oddziału Ratunkowego też nie mamy. Największy szpital w okręgu nie ma SORu. Nie ma nikt w okręgu. Nie ma też karetek bo konkurs wygrała Kolumna. Kiedyś szpitale wielospecjalistyczne same się kierunkowały, teraz są rozbierane po kawałeczku aż całkowicie zostaną zamknięte.
Akt trzeci: Zarządzenia Prezesa NFZ
Tak wygląda poprawna forma publikowania aktów prawnych stosowana od bardzo niedawna.
„Zarządzenie zmieniające zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne”
Tak wygląda publikowana przez NFZ
W zarządzeniu Nr 69/2009/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 3 listopada 2009 r. w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zmienionego zarządzeniem Nr 92/2009/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 30 grudnia 2009 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 32/2010/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 1 lipca 2010 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 51/2010/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 1 września 2010 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 2/2011/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 18 stycznia 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 17/2011/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 6 kwietnia 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne oraz zarządzeniem Nr 20/2011/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 24 maja 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne wprowadza się następujące zmiany:
W zarządzeniu zmienia się załącznik nr 1, którego nazwa zmieniła się na 1a, którego nazwa zmieniła się na 1, którego nazwa zmieniła się na 1a, którego nazwa zmieniła się na 1… Razy 15. W 13 odsłonie nie ma załącznika nr 5 a w odsłonie 11 tego opatrzonego numerem 7. Z kolei najnowsza odsłona nie ma nic oprócz treści. Zamiast odwołać się do ostatniego aktu prawnego mamy piękną choinkę. Jak nie przeprowadzisz wykopalisk to się nie dowiesz niczego. Tylko totalny cymbał mógł wymyślić zmienianie nazewnictwa przy każdym nowym zarządzeniu. Widocznie płatne ma nie od sensu treści tylko od ilości bzdur w środku.
Kiedyś dawali też changelog załączników. Teraz są zbyt leniwi i w efekcie każdy świadczeniodawca ma sam sobie szukać zmian. Szukanie zmian w załączniku mającym kilkadziesiąt tysięcy rekordów jest szczytem marzeń każdego. Marnuje się więc papier i toner na wydruk nowych katalogów. Pomyślcie co by się działo gdyby programiści dodawali przy aktualizacji programu tylko fragment kodu do samodzielnego wpisania i skompilowania bez informacji gdzie należy to wklepać. Tak właśnie to działa. Oszczędzanie raz jeszcze.
Epilog
Mój promotor chwalił centralizację służby zdrowia i utworzenie NFZ. Ja miałem odrobinę odmienne zdanie. Byłem jednak zbyt zestresowany żeby na obronie przełożyć to na słowa. Przez czas moich studiów interesowałem się tym zagadnieniem. Interesuje się nim nadal – od strony świadczeniodawcy i pacjenta. Pozwala to zachować obiektywizm. Przez ten czas obserwowałem nieskończoną listę absurdów i całkowitą bezsensowność tworu pt. Narodowy Fundusz Zdrowia. Absurdy powodujące pozorne oszczędności a w efekcie przynoszące tylko straty i chaos. Nikt nad tym nie panuje i nikt nie egzekwuje kar dla tej instytucji. Nikt nie rozlicza popełnionych błędów. Za to NFZ bardzo chętnie egzekwuje błędy wszystkich innych. A to wszystko w majestacie prawa. Osobiście wolałbym utrzymywać nierentowną i niespełniającą wyśrubowanych wymagań (głównie personalnych przekładających się na długość czasu pracy) poradnię raz w tygodniu tylko dlatego, że wykryła tysiące nowotworów zamiast unosić się w myśl zasady „zesraj się a nie daj się”. Albo będzie czynna 5 razy w tygodniu albo wcale. NFZ wybrał opcję drugą. Teraz nie wykryje żadnego bo przestała istnieć. Logika w NFZ nie istnieje, są tylko martwe zasady i bezsensowne wytyczne. Rok w rok marnują mnóstwo pieniędzy podatników na bzdurne procedury mające zrewolucjonizować system zdrowotny w Polsce i rok w rok pokazują, że są całkowicie niepotrzebni.
Szanowny Panie Prezesie Narodowego Funduszu Zdrowia oraz cała banda nierobów z tej instytucji. Z wyrazami szacunku. Idźcie na huj.
Dla Ministerstwa Zdrowia mam oddzielny pęczek hujów do dupy przeznaczony na inną notkę.
Okres ofertowania w służbie zdrowia to coś co można porównać ze świętami Bożego Narodzenia w pasażach handlowych i wszelkiej maści sklepach. Masa ludzi stara się wygenerować profile swoich placówek żeby później na ich podstawie zrobić ofertę wdzięcznie zwaną „Konkursową”. W profilu znajdują się wszystkie szczegółowe informacje o zatrudnianym personelu, sprzęcie i komórkach organizacyjnych. Słowem, przedsiębiorstwo .rar chociaż nie jest to format bazy. Są trzy zasadnicze problemy dręczące wszystkich.
Pierwszy i najważniejszy to całkowite nieprzygotowanie serwerów NFZ na tak duże obciążenie. W godzinę generowane jest jakieś 5-10 tysięcy profili. To coś się nie zaczyta, to trzeba dodać 5 minut pracownikowi, to brakuje ph-metru1. I tak w kółko. W połączeniu z bzdurnymi wymogami NFZ pt. „my skończyliśmy, teraz wasza kolej”. Ogłoszenie ukazuje się w piątek więc pajace z Narodowego idą do domu, a oferenci zostają z rozjebanym systemem na weekend. Na wtorek ma być gotowe. Morda do pieniędzy to taaaka ale jak coś zrobić to rączki przyszyte do dupy.
Drugi jest taki, że ciągle wprowadzane tzw. innowacje i funkcjonalności systemu są wprowadzane tuż przed spodziewanym obciążeniem. O tyle zabawne, że nie ma czasu na testy więc prowadzi się operację na żywym pacjencie co skutkuje tym co każde wprowadzenie „nowości” bez testów. Tu coś nie działa i tu. To też jakieś takie niekonieczne ale ujdzie. Po zaczytaniu profilu do programu ofertowego okazuje się, że jednak nie ujdzie i trzeba zaczynać od nowa.
Trzeci – nie najważniejszy ale najśmieszniejszy. Wszyscy budzą się jak ukażą się ogłoszenia. Wtedy nagle orientują się, że nie mają podwykonawstwa na laboratorium i obrazówkę więc nici z kontraktu bo nie będzie gdzie badań robić. Trzeba podpisać nowe umowy na następne lata i wszyscy rzucają się na najbliższe placówki. Najczęściej na szpitale bo te z reguły mają bogate zaplecza diagnostyczne.
Dostałem więc do zrobienia umowy dla POZ. Sporo i na bardzo różne badania. Na wczoraj. Napisanie zajęło chwilkę, później ustalenia końcowe i można wysyłać. Jedni przyjechali osobiście a inni wybrali faksy+poczta. Z faksami jest taki problem, że żeby coś przesłać trzeba mieć odpowiednie urządzenia po obu stronach. Jak już ten warunek zostanie spełniony to pojawia się kolejny problem. Faks musi być włączony. Najlepiej jeżeli jest ustawiony na automatyczny odbiór. W małych placówkach najczęściej telefon jest jednocześnie faksem i Pani rejestratorka musi nacisnąć wielki przycisk „START”. Kilka chwil później faks wyrzyguje brudne kartki.Więc słałem przez godzinę te nieszczęsne faksy i kiedy został ostatni stało się. Nikt nie ma ochoty się zgłosić. Na zmianę puszczają mi Chopina i rozłączają. Kiedy sygnał zmienia tonację i dochodzi do rozszerzenia źrenic na myśl o sukcesie, połączenie się urywa. Następnego dnia próbowałem kilkukrotnie ale sytuacja się powtarzała więc stwierdziłem, że teraz ja czekam a doktory dzwonią.
Epilog.
Dzwoni Pani Lekarz. Od samego początku z wielkim ryjem, że ona czeka na umowę i jej blokujemy oferty! Jak można tak długo pisać umowę. Po wyjaśnieniu, że umowa jest gotowa do podpisu od 3 dni i tylko Pani Lekarz się nie chce pofatygować i podnieść słuchawkę przystopowała ale przepraszam jakoś się nie doczekałem.
Po tym fakcie poszedłem zrzucić balast z jelit. Wracam a tu połączenie nieodebrane. Numer zastrzeżony. Bywa. Za godzinę telefon i powtórka z rozrywki. Ja tu dzwonię do Pana i nikt nie odbiera! Kultura wymaga oddzwonić. Zero przedstawiania się czy wyjaśniania po co i dlaczego. Pani odpuściła po szybkiej ripoście odnośnie wymagań jakie niesie dzwonienie do nieznajomych osób i zastrzegania numeru. Strasznie spretensjonowane społeczeństwo mamy.
Po ntym logowaniu na pocztę po oczach oberwałem okienkiem o nowym wyglądzie – „Spróbuj, będzie fajnie”. Ok. Niech będzie. Refresh. Szlag by to trafił. W ciągu jednej chwili Gmail stracił rangę Pro i wylądował w jednym worku z czatem Wirtualnej Polski. Maintheme płaski jak naleśnik, dodatkowe suwaki przewijające wszystko – oddzielny dla poczty, oddzielny dla Gtalka i oddzielny dla etykiet. Poprzednio był jeden przewijający wszystko i było dobrze. Minimalizm, za który ceniłem pocztę od Google (tu znów porównam z pocztą WP bo tak samo wszystko zlewa się w jedną całość) huj strzelił. Z racji, że używam wyłącznie web+offline Gmaila, który ciągnie pocztę z innych serwerów jego interface grał kluczową rolę.
Nostalgia START:
Był fajny bo był nowatorski. Podczas kiedy duże portale atakowały HTMLowym designem Gmail w całości siedział sobie na AJAXie i wesoło merdał ogonem. Takie Porsche 911. Zero zbędnych rzeczy, prosto i elegancko. Działał płynnie, odpowiadanie nie wymagało żadnego klikania na guzik i z automatu cytowało. Nie wkurwiał oczu reklamami, nie dodawał ich do każdej wysyłanej wiadomości. Do tego miał gigantyczną jak na owe czasy (ciągle rosnącą) powierzchnie dyskową. Wszystko to za darmo! Całkowita awangarda w branży poczty internetowej. Od reszty motłochu odróżniała go (oczywiście oprócz wszystkiego wewnątrz) jedna cecha – trzeba było mieć zaproszenie przez co była to raczej opcja Elite porównywalna z prywatnymi trackerami. W Kraju w Budowie mieć maila w domenie @gmail.com to było coś. Nie miało znaczenia, że to 9 znaków i wp.pl lub 02.pl było krótsze. Poczta od Google – to brzmiało dumnie. Później AJAX dotarł wszędzie ale tylko Gmail trzymał klasę. Był bardzo zaawansowany zachowując przy tym genialną prostotę. Tuziny rozszerzeń jakie pojawiły się później w Labie dodawały smaczku. Onet zrobił się cukierkowaty, WP zrobiła się cukierkowata, Tlen i Interia to samo. Zaatakowali użytkowników masą zbędnych udziwnień, których nie szło wyłączyć. Google poszło innym torem. Na starcie dostaliśmy trochę z możliwością otrzymania więcej. Nikt nie walił nas kijem w twarz mówiąc „Ej ty! Zobacz!” ale raczej robił ciche „Psst” pokazując tabliczkę ze strzałką.
Nostalgia STOP
Google odeszło od starej dobrej idei w stronę wodotrysków. Do tego ogromne przyciski rodem z Apple1.
Do przełączania między wyglądem (są 3 do dyspozycji, przy czym „Wygodny” i „Zwarty” nie różnią się niczym) służy wielki (a jakże) sąsiad trybika, który na szczęście daje możliwość powrócenia do starego wyglądu. Zgodnie z groźbami można w ten sposób odwlekać nieuniknione. Zmiana na „Kompaktowy” lekko poprawia sytuację ale trzymanie Gtalka z prawej strony mija się z celem bo zdaje się unicestwiać misterne starania Google co do nowego looka. Wszystko wtedy rozjeżdża się i dodaje suwaki żeby tylko za wszelka cenę nie było trzeba przewijać strony do dołu. Na domiar złego pod etykietami jest guzik odpowiedzialny za gadżety. Jego kliknięcie powoduje stworzenie kolejnej ramki z mało urodziwym suwakiem. Po dodaniu Kalendarza do gadżetów otwiera się ramka w ramce. Perfecto.
Przeglądanie wątków przypomina komunikatory i to jedyny plus jaki zauważyłem – trzeba nadmienić, duży. Wiadomości są ustawione od najstarszej do najnowszej, dobrze się je czyta a każda nowa wiadomość przypomina mi ordynarnie z kim piszę. Mamy na bieżąco podgląd bzdur jakie naskrobała druga osoba i jej awatar obok. Zaciera to bariery między pisaniem na IMie a wysyłaniem maila. Możliwe, że przez taki trend następne pokolenia nie będą w ogóle pamiętały znaczników cytowania z plain textu tak samo jak obecne nie wiedzą co łączy kasetę magnetofonową i ołówek.
Tym razem dostaliśmy w mordę. Jest prosto co nie oznacza elegancko.
Swoją drogą patrząc na nazwy skórek to w Google Inc. musi pracować strasznie dużo kobiet że nawymyślały tyle kolorów.
Całe życie myślałem, że Wasabi to taki chrzan, mięta to zielsko, a musztardą się smaruje kanapki. O nieszczęśnicy. Zgińcie.
Po wielu przebojach związanych z Krajową Izbą Odwoławczą otwarty został oficjalnie nowy dział diagnostyki obrazowej. Nowy rentgen, nowy tomograf, mammograf i inne pierdoły opakowane w ładny budynek. Same pozytywy.
Oczywiście wszystko odbyło się z należytą pompą. Wielki tort, stado murzynów do obsługi. Dużo mord, które widziałem pierwszy raz. Było gadanie, dużo gadania. Filmik puszczony jak to wszystko się działo, niespodziewane efekty specjalne typu wlot klatki i ściemnienie. Do tego main theme z Requiem for a Dream. Akurat ta ścieżka jest dobra ale podejrzewam, że autor nie miał pojęcia z czego to jest i jaką historie opowiada. No trudno. Marszałkowi wleźli w dupsko tak głęboko, że chyba bo oczy szczypały od wewnątrz. Wszystko zostało wysprzątane, kolorowe spadnięte liście wyrzucili, samochodom zabroniono chyba wjeżdżać na teren bo by się nie miała czym Pani Dyrektor popisać jakby możnowładcy nie mieli gdzie zaparkować. Pracownicy naturalnie nie mają gdzie parkować bo miejsca jest za mało ale przecież Wielki Marszałek przyjeżdża i trzeba się popisać jakie to wszystko idealne. Przynajmniej przez jeden dzień, później wszystko będzie znów brzydkie. Zaczęło się sadzenie krzaków i sprzątanie kasztanów. Liście zostały pomalowane na zielono, a jabłka dostały zakaz spadania.
A szarzy pracownicy? Oj tam, oj tam. Przecież oni mają zapierdalać na nowe nagrody dla zarządu. Prowadzenie szpitala to nic więcej jak polityka. Temu się podlizać, tamtego pochwalić to może mnie nie odwołają i dalej będę mógł dostawać nagrody1. Takie otwarcia z dobrym jedzonkiem, mediami i kupą gadania to nic więcej jak wywołanie szumu medialnego. I tak nikt nie usłyszy o tych mróweczkach, które zapierdalały na sukces Dyrekcji. Na podwyżki brakuje, paczek na święta nie ma, socjal praktycznie nie istnieje ale na tort, żarcie i pieprzenie farmazonów się zawsze znajdzie trochę grosza. Pracownicy są wkurwieni bo jedni robią za kilku a inni ledwo komputer obsługiwać potrafią i nie muszą nic robić. Chodzą napierdoleni po zakładzie czego nikt nie widzi. Jak jedna paniusia z drugą czegoś nie umie to się to daje młodemu nie patrząc na zakres obowiązków. Ona nie umie i tego nie zrobi. Jak młody powie, że nie umie to ma się nauczyć albo zwolnić. Zatrudnianie ludzi na 1/15 etatu i dawanie im wolnego na 2 miesiące bo by próg emerytalny przekroczyli. Takie rzeczy tylko w publicznych instytucjach. W firmie prywatnej by wyleciała z miejsca na zbity pysk.
Tak więc, Kowalscy i Nowaki – zapierdalajcie na Panią Dyrektor żeby mogła odebrać kolejną nagrodę za wzorowe prowadzenie szpitala i obniżenie kosztów gospodarczych. Ważne, że Zmarszałek jest zadowolony, a że wszystko odbywa się kosztem pracowników to trudno. Wszystko wygląda jak polska plebania. Kościół z blachy falistej, a domek „zarządu” z czarnego marmuru.
Ciekawi mnie kiedy to wszystko jebnie. Oby jak najszybciej. Sprywatyzować całe szpitalnictwo i powołać w nich nowe zarządy, zreformować ustawę o świadczeniach emerytalnych i opiece społecznej, zlikwidować całkowicie ZUS, KRUS i NFZ. Wpuścić wreszcie na rynek kapitał prywatny, który pociągnie za sobą element konkurencji, zlikwidować sejm, senat i prezydenta, a w jego miejsce powołać 50os. parlament. Mniej mord do wykarmienia to zawsze korzyść. Tylko, żeby to zrobić trzeba mieć jaja, a tych żadna partia nie posiada… Ku chwale kapitalistycznemu komunizmowi2.
Czym jest ZUS to chyba wie każdy. Słynie z zatrudniania masy niepotrzebnych ludzi, budowania nowych pałaców i znikania ciężko zarobionych przez podatników pieniędzy.
Poprzychodziły błędy rozliczeń. Nie są to jednak zwyczajne błędy bowiem mają pewną dozę tajemniczości1. Tajemniczość ta przejawia się z zwracaniu przez serwery NFZ wielobarwnego bełta mówiącego o złym PESELu pacjenta.
Co ma do tego ZUS?
Motyla noga, niby nic a jednak. Otóż PESELe zakwestionowane spisywane były z legitymacji emerytalnej wystawionej przez… no, no? Tak, ZUS. Ktoś w tej czcigodnej instytucji wydał dokument z PESELem nieżywego człowieka i powstał straszny pierdolnik w rozliczeniach. Mamy spisywać informacje z dowodów osobistych wydawanych przez władze samorządowe gdyż rządowa instytucja sobie z tym nie radzi. Najwyraźniej przepisanie prawidłowo 11 cyfr jest dla pracowników ZUSu zadaniem zbyt trudnym wszak wymaga więcej uwagi niż układanie pasjansa. Oczywiście najbardziej po dupie dostają placówki medyczne bo to one mają sprawozdawać świadczenia i szarzy obywatele. ZUS patrzy na to jakby nic się nie stało (przecież dla nich wydanie 6 mln zł na nową willę to nic więc czymże jest walka o marne 5 tysięcy), a NFZ nie interesują w ogóle tego typu sprawy. Później się ludzie dziwią czemu są wzywani na komisję po 20 latach otrzymywania renty inwalidzkiej z powodu braku obu nóg. Czyżby w głowach urzędników powstała nadzieja, że nogi odrosły? A może zabrakło na rentę brata alkoholika i trzeba komuś zabrać żeby komuś dać? ZUS podobnie jak większość urzędów jest bardzo prosto naprawić. Wystarczy tylko wyjebać wszystkie krawcowe, szwaczki i hydraulików zatrudniając w zamian ludzi znających się na rzeczy i mających jakieś pojęcie o problemach. Stryja brata siostry teściowej też trzeba wyjebać bo jest kretynem.
Coraz bardziej umacniam się w przekonaniu, że centralizacja, za którą chwaliły nas inne państwa była bardzo złym pomysłem. Służba zdrowia oraz system emerytalny nie ma prawa istnieć w obecnej formie. Szkoda tylko, że Baroni z Wiejskiej nie mają ochoty rozwiązywać problemów Kowalskich i Nowaków.
Tytuł pochodzi z Sunset Limited i chyba dość dobrze odzwierciedla sytuację w kraju.
Przeglądając ficzersy Google wpadłem na „wyszukiwanie przy pomocy obrazków”. Naturalnie nie mogłem się oprzeć pokusie i zaserwowałem wyszukiwarce moje dyplomowe zdjęcie.Czy działa? Średnio. Może dlatego, że zbytnio nie wrzucam swojej gęby w sieć.
Niby nic, uplasowałem się gdzieś chińczykami w wieku przedemerytalnym, a plastikowymi manekinami. Że tak powiem „Cool”"
W poprzedniej notce wspomniałem o magicznym pojęciu centralizacji. Nawiązaliśmy współpracę z pewnym szpitalem w Mazowieckim (my jesteśmy w Łódzkiem i póki co nie byliśmy podwykonawcą dla nikogo spoza województwa). Nasunęło się pytanie w jaki sposób sprawić, żeby mogli „używać” nas. Jeżeli myśleliście, że papier z podpisami kierowników zakładów załatwia sprawę to się mocno pomyliliście. Papier papierem ale trzeba to jeszcze w system wklepać. System zwie się SZOI1 i jest ogólnopolskim projektem robiącym różne dziwne rzeczy. Do pewnego stopnia przynajmniej o czym dowiedziałem się po dwugodzinnej rozmowie z różnymi ludźmi. No bo niby mamy SZOIa i w ogóle, loguję się, szukam zakładu X i… nic. Nie ma takiego w ogóle. Nie istnieje. Dzwonię do zakładu X żeby podali mi numerek bo nie mogę po nazwie złapać. Sytuacja zaogniona bo umowa potrzebna do likwidacji zakładu (bardziej do otwarcia go na nowo jako spółki), a przedmioty martwe nie chcą współpracować. Gadamy i gadamy i dalej nic. Zakład X nie istnieje. Dzwonię więc do jedynej osoby, która mi przychodzi na myśl w łódzkim NFZ i co się okazuje. Otóż centralizacja w NFZ to jedna wielka ściema. Każdy oddział wojewódzki ma swój własny „SZOI”, który jest identyczny jak ten centralny. Mało tego. Połowa kraju ma SZOI będący (o ile dobrze pamiętam) tworem Kamsoftu, a druga połowa to zabawka Global Services. Oczywiście aplikacje nie mają absolutnie żadnej komunikacji między sobą, a nawet między centralą NFZ (która jedzie na SZOIu). Aplikacje diametralnie różnią się obsługą. Póki co SZOI bardziej przypadł mi do gustu – więcej możliwości konfiguracji poszczególnych jednostek.
Żeby było śmiesznie. Owszem, mieliśmy SZOI – centralny. Taki z centralną bazą endoprotez i kolejek oczekujących. SZOIa mazowieckiego nie mieliśmy. Pani z zakładu X była zrozpaczona ale cóż. Trzeba było złożyć papiery rejestracyjne i czekać – oczywiście papierologia stosowana. Pani W jest na urlopie więc nasz wniosek leżał przez tydzień i nikt nie raczył ruszyć dupy żeby go obejrzeć. Żeby dowiedzieć się co muszę zrobić rozmawiałem w mazowieckim NFZ chyba z 20 osobami. Naturalnie nikt nie wie kto zajmuje się takimi rzeczami jak SZOI i jestem przełączany przez następne półtorej godziny. Trafiłem w końcu do informatyków, którzy (a jakże) przełączyli mnie do już odpowiedniego działu, w którym trafiłem na wyjątkowo dobrze zorientowanego człowieka. Wszystko mi wyjaśnił zacząłem łapać o co chodzi. Tu mała dygresja – z moich doświadczeń w rozmowach z NFZ wynika, że mężczyźni są bardziej kompetentni od kobiet. Nie ma to nic wspólnego z szowinizmem. Zwyczajnie nie natknąłem się jeszcze na faceta, który nie ogarniałby własnego stołka oraz stołków obok. Wyjątkiem są lekarze, którzy nic nie wiedzą ale jednocześnie gówno ich to obchodzi – nie ich interes i tu racja.
Po 2 tygodniach z małym haczykiem pierwsze wejście do MOW SZOI. Wszystko identyczne jak w centralnym systemie i nachodzi mnie myśl co do cholery stało na przeszkodzie stworzenia prawdziwego centralnego systemu zarządzania świadczeniodawcami. Jeden dla wszystkich. Pełen optymizmu rozpoczynam przygodę z nową zabawką, która jak się później okazało jest wielkim dębem w dupie. Najpierw dodałem zakład X do podwykonawców i zacząłem się zastanawiać czemu nie musiałem nigdzie wpisywać komórek jakie chcemy udostępnić. Pierwszy taki przypadek wytłumaczyłem sobie faktem, że to inny system i może nie jest wcale potrzebne aczkolwiek wydawało mi się to całkowicie nielogiczne. Tu wchodzi do akcji guziczek aktywuj. Aktywuje i otrzymuje błąd. No tak, komórki dodaje się później. W GSowym systemie robi się to jednocześnie w jednej zakładce. Komórki, komórki, zakład, kocioł w głowie. Mam! Mina mi rzednie, dociera powoli do mnie, że dostaliśmy system idealnie pusty. Nie ma w nim nawet najmniejszej informacji o oddziałach czy nawet szpitalu. Od Łodzi dostaliśmy w pełni wypełniony (No nie tak do końca bo strukturę musiałem sam zrobić bo to co w niej było wołało o pomstę do nieba) danymi więc myślałem, że zaimportują nasze dane. Nie wiem jak mogłem być aż tak naiwny. Zaczęło się najpierw wprowadzanie dwóch pracowni. Aktywuj. Błąd, komórka nieprzypisana do matki, błąd adresu, brak harmonogramu. Po połowie godziny ślęczenia nad księgą rejestrową, przepisywania różnych części kodu rejestrowego i czytaniu błędów udało się wprowadzić jedną pracownię. Z drugą było już łatwo bo wiedziałem co robić. Przy szczegółowości „zadawanych” przez system pytań miałem tylko cichą nadzieję, że nie będzie wołał o zatrudniony personel i ich harmonogramy (albo raczej braku personelu – GS krzyczy na takie sprawy), a także nie będzie trzeba wprowadzać umów na medycynę pracy (jakieś 260) bo niczym kojot, odgryzł bym sobie nogę. Tworzenie od zera pełnej struktury na podstawie księgi rejestrowej także wykraczało poza obszar moich pragnień.
Po wielu bolączkach wynikających z mojej niewiedzy (wszak jako pierwszy w całym szpitalu robiłem takie coś, nie było komu mnie przyuczyć) i niekompetencji pracowników NFZ udało się załatwić zakład X. Panie oczywiście ucieszone, że wreszcie się udało, ja w sumie także. Przeraża mnie tylko fakt, że gdybyśmy mieli podpisane umowy z innymi oddziałami to z każdym trzeba zawierać oddzielną umowę na „scentralizowany” system i w każdym tworzyć tą pieprzoną strukturę, harmonogramy i personel.
Szukam pracy. Rozliczanie placówek medycznych (kompleksowy zakres: ortopedia, kardiologia, szpitalny oddział ratunkowy), pisanie umów, indywidualne rozliczanie hospitalizacji, prowadzenie konkursów na świadczenia medyczne, konkursy z OW NFZ i szeroko pojęta statystyka medyczna od archiwum po raporty.