Jak ujebać szpital – wersja druga, poprawiona.

Mamy szpital państwowy [SPZOZ konkretnie, a nie spółka - to ważne]. Taki szpital posiada ułomną osobowość prawną. Niby może podejmować decyzje we własnym zakresie, niby może sprzedawać usługi ale tylko czasem i trochę1. Nie może też bez zgody organu założycielskiego prowadzić inwestycji. Szpital taki ma z założenia leczyć populację wszelkimi dostępnymi środkami – tj. takimi, za które NFZ ma akurat kaprys płacić. Ew na własny koszt wiedząc, że nikt pieniędzy nie zwróci. Można zawsze pozwać NFZ i procesować się najbliższe 5 lat, zmarnować setki tysięcy zł na te procesy i wygrać. Oczywiście wygrana wcale nie oznacza, że NFZ wypłaci pieniądze bo NFZ jest tak samo ułomny jak ZUS i za nic ma wyroki sądowe. Wszak państwo prezesostwo nie ma żadnej odpowiedzialności cywilnej z tytułu partactwa więc przepierdolenie 4 mln zł nie robi na nich najmniejszego wrażenia.  A jak każą płacić to się podam co dymisji. My stracimy czas i pieniądze a NFZ będzie z nas miał polewkę.

Od pewnego czasu do rozliczania świadczeń szpitalnych [HOS] wymagane jest wpisywanie przy skierowaniu kodu VII i VIII księgi rejestrowej. W czym problem? A no w tym, że prywaciarze mają w głębokim poważaniu ich pisanie na skierowaniach. Szczególnie prywatne gabinety mają z tym problemy. Jak szpital źle wystawi skierowanie (tj. bez kodów) to prywaciarz nie przyjmie bo może. Jak prywaciarz zjebie skierowanie to szpital przyjmie bo musi. Zostało jeszcze jedno niewymagane pole pt. „Numer RZOZ”. Póki co, niewymagane. Jak znam życie to do końca 2012 stanie się wymagane i puszczą weryfikację wsteczną. Od stycznia. To takie fajne kazać poprawiać 50 000 świadczeń tym lamusom z dołu – pomyślała tępa cipa zatwierdzająca weryfikację. A jak nie poprawią to będą musieli oddawać pieniądze.

Art. 15. Ustawy o Działalności Leczniczej
Podmiot leczniczy nie może odmówić udzielenia świadczenia zdrowotnego osobie,
która potrzebuje natychmiastowego udzielenia takiego świadczenia ze względu na
zagrożenie życia lub zdrowia.

W praktyce 99% zdarzeń kwalifikuje się pod albo zagrażające życiu albo zagrażające zdrowiu. Inaczej się nie idzie do szpitala. Skierowanie do poradni kardiologicznej? Nie pójdzie – może jebnąć na zawał. Złamał paznokieć? Nie dostanie się – może jebnąć na zakażenie. Skierowanie na CT? Nie pójdzie – może jebnąć na coś co ma być prześwietlone. Wymieniać można bez końca.

Ciekawa jest mentalność ludzi. Jeżeli nie przyjmie mnie przychodnia to idę do innej ale jeżeli nie przyjmie mnie szpital to „Kurwa rozjebie was, zwolnię, naśle sanepid, inspekcje handlowa i 7 plag egipskich a później wpierdolę wasze flaki”. Do tego obowiązkowe opisanie wszystkiego w gazecie lokalnej. Pomijam fakt żenującej wiedzy redaktorów nt. prawa placówek medycznych i sytuacji, w której mogą odmówić. Ci są dopełniaczem. Tłumaczyć się z tego trzeba długo i srogo. Z reguły winny jest pacjent bo przylazł bez dokumentu ubezpieczenia na wizytę zaplanowana od 3 miesięcy i awanturuje się, że musi być przyjęty. Nie musi, dokumentu można nie mieć w przypadkach nagłych – wtedy sporządza się oświadczenie o doniesieniu takowych w ciągu 7 dni.

Wspomniałem o oddawaniu pieniędzy. Jeżeli myślicie, że weryfikacje w listopadzie opiewające na 7 miesięcy wstecz to ponury żart to Was rozczaruję. Nie tak dawno (tzn. ze 2 lata będą ale jeszcze nami rzuca) była taka wesoła weryfikacja wsteczna. I oczywiście wszystkie pozycje poskreślane, do poprawki. Jak nie udało się czegoś poprawić to trzeba oddawać kasę. Kasę, którą już dostaliśmy i wydaliśmy. Paremia lex retro non agit? Niestety nie tym razem i nie w przypadku umowy NFZ-Szpital. Szpital w umowie nie jest stroną tylko murzynem od odwalania roboty za śmiesznie niską zapłatę. Na tyle śmieszną, że prywaciarze nie chcą się na te ochłapy rzucać bo są na skraju rentowności. Można za nie leczyć ludzi ale zapomnijcie o nowych technologiach medycznych. Można wsadzić w pacjenta endoprotezę barku za 9 000 ale zależy to od szpitala. Bo można użyć takiej za 3 500. Ten ma narzuconą konieczność utrzymania się, zachowania rentowności i leczenia ludzi z użyciem „aktualnej wiedzy medycznej”. Coś co się wyklucza nawzajem bo chcąc zarobić więcej, kupię tańsze półprodukty. Kupując tańsze półprodukty nie mam co liczyć na najwyższą jakość i technologię. Więc muszę kupić albo dobre rzeczy i ponieść stratę (pardon, ujemny wynik finansowy – modny termin) albo kupić kiepskie rzeczy, z których klient nie będzie zadowolony. Naturalnie NFZ chciałby płacić za te najtańsze, dostając to co najlepsze. Ot niezrozumienie praw rynkowych. Więc wszczepia się pacjentom tanie endoprotezy z decyzji dyrekcji bo drogie i dobre są za drogie. Technologia kosztuje.

Zatem Szpital nie jest partnerem dla NFZ w rozumieniu prawnym. Nie jest nim bo nic mu nie wolno. Umowa jest skonstruowana w ten sposób, że jedna ze stron ma wszystko podane na tacy – może karać za co chce, może zmieniać warunki umowy kiedy chce i może dawać i zabierać kiedy chce. Jak nie da się zabrać „bo na nowy ekspres do kawy nie starczyło” to robi się nowy wymóg, wprowadza się go w kwietniu z mocą obowiązującą od lutego i zabiera się pieniądze z powodu nie spełniania wymogów. Szpital też może wymagać! Pewnie, na drodze cywilnej. Pozywając NFZ. Prośby i błagania nie działają. Niepodpisanie kontraktu to też zły pomysł bo NFZ w ogóle nie interesuje, że właśnie pozbawili 50 000 ludzi opieki medycznej. NFZ to urząd a urzędnikom koło huja latają takie błahostki.

14 dni.

Wnioski wszelakiej maści, pozwalające szpitalowi na rozliczenie pewnych świadczeń wymagają zgody NFZ. Tzn najpierw się udziela świadczenia i ponosi koszty (czemu – patrz art 15.), a później składa prośbę o udzielenie pozwolenia. Do najpowszechniejszych należą:

  1. Inny problem medyczny stwierdzony podczas leczenia (płatne 60%) – kiedy np:. pacjent ze złamaniem szyjki kości udowej zaczyna migotać i trafia na kardiologię celem ustabilizowania – oba oddziały ponoszą koszty, drugi oddział dostanie 60% wartości punktowej normalnego świadczenia. Lepszy rydz jak nic.
  2. Błędna odległość między hospitalizacjami – pacjentowi, żeby było legalnie i z zachowaniem norm wszelakich przysługuje 1 hospitalizacja na 14 dni. Tzn jeżeli dostaliście zawału 1 marca i wyszliście 10 marca, gdzie przed własnym domem znów dostaliście zawału to wg NFZ nie przysługuje wam leczenie. Oczywiście, że szpital musi przyjąć i zająć się Wami (patrz art. 15.) ale musi składać wniosek dlaczego zostaliście przyjęci w terminie krótszym jak 14 dni. Powiedzenie do słuchawki „Bo kurwa jego mać facet dostał zawału po wyjściu ze szpitala” nie jest argumentem. Trzeba popełnić wniosek błagalny via SZOI.
  3. Hospitalizacja tego samego dnia u tego samego świadczeniodawcy – zdarza się, że pacjent przechodzi z interny na kardiologię bo lekarz myśli, że rozjebał system i oba oddziały dostaną punkty. Nie dostaną bo powinno to być w ruchu międzyoddziałowym – błąd oznacza z reguły konieczność usunięcia rozliczenia jednego oddziału.
  4. Świadczenie wykonane na wyższym niż posiadany poziomie referencyjnym – rodzi się wcześniak, wg NFZ oddział położniczo-ginekologiczny mający I poziom referencyjny nie może go przyjąć. Nie może ale musi (patrz nieśmiertelny art. 15.). Wcześniaki wymagają II poziomu referencyjnego.

I nie byłoby w tym absolutnie niczego dziwnego gdyby nie terminy narzucone przez NFZ. Zgodnie z poprzednim rozporządzeniem, wnioski (wszystkie) można było wysyłać do 10 dnia każdego kolejnego miesiąca za miesiąc poprzedni – tj. normalny okres rozliczeniowy miesięczny. Ktoś jednak zauważył, że za mało można z tego uciąć bo szpitale się niestety wyrabiają z wnioskami i nie można odbierać pieniędzy, które się im należą. Co należy zrobić? Skrócić termin składania wniosków! 21 dni? Nie! 14? Nie! 7! O! To jest to. Ktoś podłapał pomysł z bogatego województwa, gdzie informatyzacja jest na porządku dziennym i obieg informacji sprowadzony jest do wysłania zapytania do serwera, że są biedne województwa, w których zamiast finansować rozwój nakłada się co rusz nowe, wysokie wymagania i stawia nowe siedziby. A szpitale w takowych zapierdalają na kartonie. Zanim informacja od wypisaniu pacjenta dojdzie od lekarza do kodera (przez wszystkie szczeble biurokracji) mija kilka dni. Jak minie 7 dni to nic się już nie da zrobić. Gratuluje pomysłowości. Mistrzowie marketingu.

Izba Przyjęć/SOR

Był ktoś kiedyś? Z czym Wam się kojarzy? Kolejka jak po wędlinę za PRL, prawda? To jest właśnie izba przyjęć. Śluza między szpitalem a otoczeniem zewnętrznym. Twór takowy służy jak sama nazwa wskazuje do przyjmowania pacjentów na oddziały.

Szpitalny Oddział Ratunkowy. A to z czym? Zapewne z miejscem, do którego przyjeżdżają karetki i zostawiają zawartość. Znów dobra odpowiedź. Na czym więc polega problem? Jak zwykle w NFZ, który płaci albo za SOR albo za IP. Nie można mieć opłacanych obu komórek mimo posiadania ich w rejestrze. Albo masz IP albo SOR. To nie jest jeszcze tragedia. Tragedia zaczyna w momencie stwierdzenia przez NFZ, że SORu nie dostaniecie bo huj wam w dupę. Będziecie mieć IP. Tylko troszkę wam utniemy ryczałt dniowy. Tak o 50%. Robić będziecie to samo – my o tym dobrze wiemy – ale oszczędzimy rocznie jakiś milion zł. A to tylko jeden szpital.

I w ten sposób szpital nie ma karetek bo przegrał przetarg, nie ma SORu, a karetki jak przyjeżdżały tak przyjeżdżają, a ludzie z urazami jak przychodzili tak przychodzą. Jedyną różnicą jest to, że nie jest obowiązkowa stała kadra dyżurująca (parka internista + urazowiec). Dla ścisłości SOR i IP pod względem rozliczania to jedno i to samo.

Gratuluję, przez wiele lat przyzwyczajaliście ludzi do wygody otrzymywania wszystkich świadczeń w jednym miejscu. Przypomnę – Wojewódzkie Szpitale Zespolone były tworami skupiającymi w sobie:

  1. Szpitalnictwo zamknięte
  2. Opiekę ambulatoryjną (przychodnie specjalistyczne)
  3. Podstawową opiekę (lekarzy rodzinnych)
  4. Placówki terenowe
  5. Opiekę społeczną

Wszystko miało pokryć siecią cały obszar działania zapewniając (w teorii) sprawne działanie. Nie do końca się sprawdziło ale działało całkiem sprawnie. Za wyjątkiem ostatniego punktu było to połączenie prawie doskonałe. Prawie, bo z jakością bywało różnie ale nie trzeba było sterczeć w kolejce u prywaciarza 3 miesiące, później 2 miesiące w przychodni przyszpitalej, następnie czekać na przyjęcie do szpitala i jeszcze na badania kilka miesięcy. No i jedzenie było nieporównywalnie lepsze. Wiele osób wolało mieć zrobione badanie na kiepskim sprzęcie natychmiast niż na nowoczesnych aparatach w stolicy za pol roku. Na te najdroższe i tak trzeba było czekać i tak. Że nie było innej alternatywy to inna para kaloszy. Nie było bo były kasy chorych, każdy był przydzielony do jakiejś i to kasa miała zapewnić opiekę zdrowotną. Finansowanie nie było szczytem marzeń ale było nieporównywalnie lepsze od NFZ. Bywały niewypały jak białe wielkie książeczki, które lezą teraz w szufladzie jako relikt ubiegłej epoki i byli niedbali lekarze. To było i będzie się zdarzało zawsze. Idąc tropem przemian ustrojowych musieliście spierdolić sytuację.

NFZ zwyczajnie nie jest od finansowania leczenia tylko od przepierdalania pieniędzy na niewiadomoco i płakanie, że nie ma więcej na leczenie podatników. Ale nową siedzibę to sobie jebniemy. Jebliśmy. Fajna jest.

  1. jeżeli „pierwsza zmiana” jest od 8-16 to tylko w tych godzinach można zarabiać, później są tylko dyżury – bzdura []

Narodowy Fundusz Wyżwywieniowy

Przekopując przepastne czeluści Internetu trafiłem na pewne pytanie. Mianowicie „Dlaczego nie wprowadzają Narodowego Funduszu Wyżywienia?”. Pytanie jak pytanie. Warta uwagi jest odpowiedź jednego z wykopowiczów.

Skończyło by się miesięczną kolejką po schabowego i tylko kasza manna byłaby od ręki. Znaczy się jak staniesz w kolejce około 06:00 rano, to będziesz się mógł zapisać na śniadanie gdzieś między 08:00-14:00. Można się zapisać tylko na jeden posiłek, tylko na dzisiaj. Posiłki nigdy nie są wydawane w terminie, zawsze są zimne, a obsługa niezwykle opryskliwa. Kasza byłaby tylko na wodzie, bo na mleko trzeba mieć skierowanie.

Trzeba przyznać, że dość celnie ustrzelona problematyka.

Nawyki

Parę tygodni temu znajomi poprosili mnie żebym podłączył im drukarkę bo zapragnęli drukować bez kabli. Jakiś twór z printserverem. Nie wiedzą jak to ugryźć i wolą nie dotykać. Nie ma problemu, podejdę w wolnej chwili.

Na pokładzie komputera Windows 7, którego szczerze (choć nie tak bardzo jak poprzednika) nienawidzę za wiele rzeczy. Instalacja drukarki w systemie nie może być aż tak trudna, prawda? Otóż może jeżeli podchodzimy do tego od dupy strony. Rozpocząłem poszukiwania miejsca na wpisanie WPA2 w drukarce, w systemie, w konfigu. Nie mogłem znaleźć więc zrobiłem to co robimy kiedy wszystko inne zawiedzie. Zaglądamy do instrukcji. Ta też nie była specjalnie pomocna bo nie pokrywała się z tym co widzę. Ale moment. Przecież to Windows. System kliencki dla idiotów, zapewne więc jest jakiś pocieszny kreator, który umożliwia statystycznemu Kowalskiemu wyklikanie efektów. I był. Na płycie. Do tego banalnie prosty chociaż powolny. Kilka minut później wszystko hulało aż miło.

Pierwszy raz podłączałem takie urządzenie. Przez lata nauczony korzystania z Linuksów, zacząłem dobierać się do plików konfiguracyjnych w poszukiwaniu magicznego pola do wpisania odpowiedniego ciągu znaków. Plików konfiguracyjnych nie było, nie było tez CUPSa dzięki któremu mógłbym je wybebeszyć via WWW. Nawet właściwości sprzętu nie wiedziały o takiej możliwości.

Padłem ofiarą własnych nawyków. Nawyków, które zawsze odradzały mi korzystanie z kreatorów jako nie dających żadnej kontroli nad procesem. Nie instalowałem nigdy sterowników z płyt uznając instalację potrzebnego sterownika z obowiązkowym dodatkiem w postaci 300MB programu za bezcelowe. Środowisko w jakim pracuje także dawno nie zmusiło mnie do tak drastycznego posunięcia. Tym razem skorzystanie z kreatora było jedyną możliwością chociaż nie wiem czemu jestem zdziwiony tym faktem biorąc pod uwagę platformę.

Nawyki są złe. Tak samo złe jak zakładanie, że w nowym miejscu sprawdzi się stary model działania.

0 komentarzy

Mały szpital powiatowy

Trafiło mi się, niestety z przymusu a nie w ramach zwiedzania, wybrać do małego szpitala w Węgrowie (woj. mazowieckie). Efekt wizyty to szok i niedowierzanie spowodowane obrotem spraw. Otóż mały szpital w małym miasteczku na wstępie wita nas maksymalnie zawalonym parkingiem i cymbałami parkującymi na podjazd dla karetek1 i niekoniecznie malowniczą okolicą. Od razu w oczy rzuca się coś, przez co nie dostaliśmy kontraktu na SOR – podjazd dla karetek ma daszek na całej długości.

Po przekroczeniu progu dmucha na nas powietrze i kierujemy się na izbę przyjęć. IP znajduje się za zamkniętymi drzwiami. Można usiąść. Rejestracja odbywa się przez okienko – przy pomocy komputera. Nikt nie wsadza ryja w dokumenty, nikt nie wkurwia oka i ucha bo wszyscy siedzą za drzwiami. Obok jest gabinet lekarski, w którym lekarz dokonuje wstępnej kwalifikacji. Ten sam lekarz wprowadza wszystko do systemu co samo w sobie jest dziwne, po czym pacjent udaje się na oddział. Bajka.

Samych oddziałów nie ma za dużo bo jest jedna interna połączona z kardiologią, chirurgia, poł-gin i chyba dziecięcy ale… no właśnie, zawsze jest jakieś ale. Idąc przez korytarz można zobaczyć jedną zasadnicza różnicę względem szpitala Wojewódzkiego. Tą różnicą jest sensowne rozplanowanie pomieszczeń, korytarze są na tyle szerokie na ile jest to konieczne do transportu łóżka z pacjentem, a sal jest naćkanych do oporu. Same sale nie są wyposażone ani lepiej, ani gorzej od innych. Ot, tyle ile potrzeba żeby dostać kontrakt. Ten szpital jest jak stary samochód – mały na zewnątrz i bardzo pakowny wewnątrz. Nowe samochody są duże na zewnątrz ale w środku jest jakoś mało miejsca. Jak sądzę sporządzaniem wypisów i rozliczaniem zajmują się osoby, które powinny to robić – lekarze. Na komputerze.

Różnice wynikają zapewne z podległości placówki. Szpital w Węgrowie jest szpitalem powiatowym – rządzi nim biedna gmina, a mój podlega pod Marszałka województwa – zapewne dysponującego troszkę większym budżetem. Jeden z tych szpitali potrafi zadbać o swojej istnienie a drugi  zatrudnia bandę niereformowalnych imbecyli. Oba to SPZOZy.

Szpital w byłym mieście wojewódzkim, obecnie pod władzami Marszałkowa to twór sprzed epoki kamienia łupanego. Zaczynając od administracji, kończąc na personelu białym. Ludzie prezentują postawę olewczą. Lepiej nie umieć nic bo i po co. W prywatnej firmie by nie przepracowali nawet 3 miesięcy. Nie jest winny system, winni są ludzie. Wcześniej wydawało mi się, że publiczna służba zdrowia musi być zacofana. Nie musi. Może być kiepsko albo całkowicie hujowo. Pierwszym krokiem wyjścia z bajora jest zatrudnienie ludzi, którzy chcą coś robić zamiast przychodzić do pracy żeby posiedzieć od 8-16, dowegetować w jakiś sposób do okresu ochronnego. Tak długo jak w służbie zdrowia będzie pracował taki element, tak długo będzie obecna druga opcja.

Nie dostaliśmy kontraktu na SOR bo Pani Piastująca Ważne Stanowisko przeoczyła fakt, że potrzebny jest daszek. Daszek nie wyrósł w wymaganiach z zaskoczenia. Mały szpital powiatowy zatrudnia odpowiedzialnych ludzi i daszek mają. Duży szpital zatrudnia gamoni i daszku nie ma. W wymaganiach od 2 lat jest obowiązek zatrudniania (nie ma określonej części etatu) pracownika socjalnego do poradni uzależnień. Najczęściej chodzi tam osoba oddelegowana z MOPSu. Rok temu dostaliśmy warunkowo kontrakt z zastrzeżeniem, że mamy wciągnąć na listę płac takiego pracownika. Co zrobiła PPWS? Napisała to samo oświadczenie co 2 lata temu. Normalnie za coś takiego osoba odpowiedzialna za wykonanie konkursu powinna wylecieć następnego dnia ale nie w tym miejscu. Od wielu lat wszystko pieprzy i od wielu lat się z tym nic nie robi.

Na izbie przyjęć mamy wielki kontuar, dookoła którego  siedzi całe mięso. Dokumentacją zajmują się sekretarki bazgroląc wszystko na papierowych kartkach. Starzy lekarze boją się komputerów, a młodzi nie mają na czym pracować. Mógłby być system informatyczny jak w Węgrowie ale nie ma. Systemu nie ma bo szpital nie jest uzbrojony. Nie jest uzbrojony bo informatyk jest cymbałem i nie potrafi przygotować projektu pod przetarg.

Winna temu wszystkiemu jest oczywiście dyrekcja. Jeżeli zatrudnia się motłoch z łapanek to nigdy do niczego się nie dojdzie. Jeżeli jeden z lekarzy mógł 10 raz w ciągu 3 miesięcy nie przyjść do pracy bo pochlał dzień wcześniej i nie zostaje dyscyplinarnie zwolniony, a pracownik administracji w przypadku nieusprawiedliwionego dnia wylatuje od razu to mamy do czynienia z wybitnie kiepskim managerem i od razu widać że stanowisko pełni po koleżeńsku, trzęsie dupą o stołek i nie ma zamiaru zmieniać nic aż prawo nie narzuci takiego obowiązku.

Z innej beczki. Jeden z naszych podwykonawców ustawił stawkę 300zł miesięcznie za podtrzymanie samej umowy+koszt badań. Oczywiście „góra” zaraz zachciała takie rzeczy u nas. I zaczęło się. Z kilkudziesięciu świadczeniodawców zostało nam kilku. Nikt nie zauważył, że nasz podwykonawca dysponuje sprzętem dość unikatowym jeżeli chodzi o województwo. Sprzęt potrzebny jest do otrzymania kontraktu z NFZ. Nie trzeba być analitykiem giełdowym żeby wiedzieć, że mając monopol na produkt reguluje się cenę rynkową. My za podtrzymanie umowy na laboratorium (nic specjalistycznego) chcieliśmy mieć 200zł albo więcej. Wiadomo, że wiele umów jest zawieranych tylko żeby dostać kontrakt, a sam usługodawca nic z niej nie ma. Sugestia, jakoby lepszy rozwiązaniem było ustalić cenę 50zł i mieć nieduży ale stabilny i stały zysk spotkała się standardowo już z olaniem tematu. Jebać płynność finansową.

Umowy cywilno-prawne także są słabą stroną Szpitala Wojewódzkiego. Wdrożenie sensownego zapisu nie ma szans na powodzenie bo ludzie pierdzący w stołki kierownicze nie chcą słuchać świeżych pomysłów bardziej wykształconego, młodego personelu. Kadrowa myśli, że ustawa o przeciwdziałaniu skutkom kryzysu obowiązuje publiczne placówki, mecenas to podbija a dyrektor naczelny podpisuje. Główny Inspektorat Pracy ma na ten temat nawet oficjalne oświadczenie ale kogo to interesuje? Inny kierownik idzie w zaparte, że jak ktoś przyśle wypowiedzenie umowy cywilno-prawnej to trzeba wyrazić na to zgodę. I pracownik musi tłumaczyć kierownikowi na czym polega zawieranie tego typu umowy. A kierownik pieniążki bierze.

Przypuszczam, że po zmianie naczelnego dyrektora w administracji by nie zostało zbyt wielu ludzi.

  1. takim powinni od razu czołgiem rozjeżdżać auta bez ostrzeżenia []

Grafitji

A oto jedna ze ścian w moim biurze. Tej nie dało się zakryć gołą bo żadna normalna się tu nie zmieści a na patyczaka patrzeć nie mam ochoty.

Może niedługo wrócą do nas utracone poradnie. NFZtowi zostało trochę padliny, której nie udało się sprzedać i uznali, że możemy ją dostać. Dziękujemy. Niestety jest to 1/5 kontraktu z poprzedniego roku więc poradnie będą otwarte 3 razy w tygodniu po 3 godziny zamiast 5 razy po 7,5h.

Żeby było jeszcze weselej to na umowach wyszedł kwiatek. Jeden z prywaciarzy dostał kontrakt na poradnie chirurgiczną i ortopedyczną oraz endoskopię (my nie dostaliśmy na żadne nich). W takim przypadku wymagana jest winda i dostęp do badań histopatologicznych żeby badać wycinki. Winda możliwe, że nawet już jest (zaświadczył, że w listopadzie już ja ma – wtedy stał najwyżej komin bez dołączenia do budynku). Badania histopatologiczne wysyła do nas – umowa wygasła z końcem 2011 roku. W SZOI data wygaśnięcia 31.12.2011 więc nie mógł nawet zaciągnąć tego do oferty. NFZ przymknął oko na fakt, że nie spełnia podstawowych wymogów. Dla szpitali brak kibla dla niepełnosprawnych = bezwzględne odrzucenie całej oferty. Ale prywaciarz może dostać kontrakt na endoskopię nie mając sprzętu, lekarzy i laboratorium.

Ktoś w oddziale chyba wziął bardzo duża łapówkę.

Pierwsza Kadrowa i opuszczona chatka

Godzina 8 rano, dzwoni główna kadrowa. Pytanie pt. dlaczego do niej na skrzynkę pocztową przyszła informacja o źle wypełnionym formularzu ZD-12 (to takie ministerialne pierdoły dotyczące szpitala). Ona nie wie dlaczego i w ogóle komu to należy przekazać. Słyszała, że my się tym zajmujemy. Ok, pewnie coś zrąbaliśmy, nic niezwykłego w sumie, nie zdarzyło się jeszcze żeby za pierwszym razem przepchnąć to sprawozdanie absolutnie bez błędów i ostrzeżeń.

I tu problem. Koleżanka, która się tym zajmuje (wiem jak to brzmi, witaj budżetówko – pan zadzwoni za miesiąc bo koleżanka jest na wczasach a ja nie umiem) na urlopie jeden dzień a my ni w ząb co to za sprawozdanie i jak to ugryźć. Mówi się trudno, trzeba się w ciągu 5 min ogarnąć i nauczyć. Otwieram w asyście drugiej koleżanki portal (cyfryzacja drodzy Państwo, cyfryzacja! Cały pierdolnik w jednym miejscu) i szukam błędów. Jest. Jest, ale jakiś dziwny. Otwieram sprawozdanie i konsternacja. Sprawozdanie jest całkowicie puste. Nie ma nawet nazwy placówki. Zamawiamy rozmowę do koleżanki „sprawozdawczej” i znów szok. Sprawozdanie owszem należy wypełnić ale do kwietnia, ona tego nie puszczała, my też nie. Inne osoby z biurowca nie używają takich rzeczy. Data wysłania 13.02.2012. W tym czasie nawet nie logowaliśmy się na system. Powstało troszkę zamieszania bo co, włamanie, wyciek danych? Nic bardziej mylnego. Takie sprawozdania (przynajmniej w wersji papierowej, jak każde pismo urzędowe) zawsze mają nadana datę i „winnego”. Nie wpadłem na to od razu bo czas jaki spędziłem w systemie w ciągu ostatnich lat można określić na „mniej niż zero”. Nawet nie występowałem o login. Jak będzie potrzebne to i konto się znajdzie. Pora na wyjęcie królika z kapelusza. Jest stopka, w stopce data, podpis i pieczątka generowana na podstawie loginu. Na pieczątce „Pierwsza Kadrowa, nr tel, mail, jednostka”. Rzeczywiście bardzo dziwne, że osoba, która wysłała puste sprawozdanie dostała info o błędach na swojego maila. Naturalnie, nawet po przedstawieniu jej „dowodów” nadal się wypierała. Podpis mój, login mój, ale nie ja klikałam.

Drugi temat dnia jest taki, że gotowe są zdjęcia z opuszczonego domu.

Kamienica przy Jagiellońskiej 2

Fotorelacja z dzisiejszej wycieczki drugiej kamienicy przy Jagiellońskiej mianowanej do nazwy Opuszczonej.

 

0 komentarzy

Nowy adres bloga

Blog ma nowy adres http://kartoflowe-pole.com

Dlaczego tak się stało napiszę kolejną notkę. Przy okazji wystawiając opinię dostawcy.

0 komentarzy

Cegielnia

Poniżej przedstawiam relację z wypadu z Patrykiem na opuszczony dom. Dom finalnie okazał się starą cegielnią z dwoma magazynami obok. Nie mogło się obejść bez wejścia do środka

0 komentarzy

NHS 2012

Nowy rok, nowy plan możnowładców jak zaoszczędzić na społeczeństwie i ukraść jeszcze więcej. Tragedia w trzech aktach

Akt pierwszy: Recepty

W zeszłym roku Partia Rządząca uraczyła nas koniecznością chodzenia do specjalisty po leki na choroby przewlekłe. Trochę się później zrehabilitowali i poszli po rozum do głowy. Tym razem nie jest dobrze. Właściwie żadna to nowość. Dawno nie udało się wyprodukować nic pożytecznego. Ani Ministerstwu ani NFZ

Bunt lekarzy, bunt aptekarzy. Ministerstwo i NFZ swoje. NFZ chce obciążać lekarzy za źle wypisane recepty – ulgę mają dostawać tylko pacjenci ubezpieczeni. W teorii idealne. W praktyce porażka na całej linii. Lekarze nie zgadzają się na odpowiedzialność finansową za udzielenie świadczenia (jakim wypisanie recepty jest) co z jednej strony jest naturalne a z drugiej całkowicie nielogiczne. Naturalne bo z jakiej okazji mając POZ i przychodzących tam ludzi mają mnie obciążać za brak uprawnień pacjenta. No właśnie. To lekarz POZ powinien przed wypisaniem recepty sprawdzić czy należy się ona pacjentowi. Tego robić nie chcą bo za dużo zachodu. łatwiej przystawić pieczątkę „Do decyzji oddziału NFZ” i niech idzie w pizdu. Pacjent chory albo poczeka albo kupi receptę płatną 100% – na co liczy NFZ. Problem sam się rozwiązuje. Pieniądze zostają w kieszeni płatnika, gospodarka jest napędzana, hurtownie się cieszą.

Naturalnie inną sprawą są szpitale i nocna pomoc lekarska bo często są atakowane przez ludzi w środku nocy oraz święta. Trudno wymagać od człowieka żeby wiedział kiedy mu dziecko zachoruje, a jeszcze trudniej żeby w ataku strachu o potomstwo myślał o dokumencie ubezpieczenia. Dziecko czekać nie może więc człowiek także wykupi receptę płatną 100%. Zwrotów jak rozumiem nie będzie. Pacjent pójdzie więc do szpitala, gdzie będzie musiał zostać zaopatrzony. Oszczędzamy 1x na receptach, tracimy 2x na lekach. Widocznie mechanizmy rynkowe są dla niektórych czarną magią.

Wracając jednak do lekarzy POZ. Są na całkowicie innych zasadach, płatne mają per capita – za zarejestrowanego pacjenta. Pacjent nie musi wcale przychodzić do przychodni. Ta i tak dostanie pieniądze za sam fakt posiadania delikwenta w aktach. Jakby tego było mało pacjenci są wysyłani do szpitali bez jakichkolwiek badań. Takie rzeczy należy natychmiast zgłaszać do funduszu. Bóle brzucha są kierowane bez USG, inne schorzenia bez żadnych badań laboratoryjnych. Uderza to w szpital bo musi diagnozować pacjenta na swój koszt a POZ zszedł z kosztów. USG i RTG, a także szereg badań laboratoryjnych jest obowiązkiem lekarza rodzinnego. Dostają na to pieniądze ale chcą uczynić każde świadczenie opłacalnym. Tak się nie da. To właśnie odpowiedź na pytanie czemu mamy taki wysyp POZ i tak dobrze się prowadzą. Szpitalnictwo i specjalistyka (AOS) mają kontrakty. Kontrakt to maksymalna kwota jaką NFZ ma ochotę (dokładnie tak) zapłacić za usługi dla „ogółu”. Ogół jest tak obliczony, że nie obrazuje nawet 50%. Jeżeli szpital ma 56 000 pkt na kontrakcie przy cenie punktu 52zł i wykona 56 100pkt to nie dostanie więcej niż zapisane. Wchodzi w grę tylko pozew sądowy i kilka lat tułaczki. Jeżeli zrobi 52 000 to dostanie za tyle ile wyrobił. Tym różni się szpitalnictwo od lekarza rodzinnego. Mało tego. Jeżeli średnia miesięczna przy 56 000 wynosi 4666.6/miesiąc, a na koniec miesiąca mamy wyrobione 4600pkt i przychodzi mocno połamany pacjent, który kosztuje 400pkt (ortopedia hello) to nie dostane za miesiąc 4666pkt, a reszta nie przejdzie na miesiąc kolejny. NFZ nie płaci za punkt tylko za hospitalizację. Jeżeli nie uda się wpasować idealnie punktów to powstają nadwykonania z powodu niewykonania. Sposób na to jak wykonać umowę nie dając świadczeniodawcom (podmioty lecznicze) absolutnie żadnej możliwości obrony. Umowa z NFZ nie jest umową, w której strony są równe. Fundusz jest Panem i Władcą, podmiot leczniczy sługą, a pacjent… pacjenta wszyscy mają w dupie.

Akt drugi: Gdzie się leczyć w 2012

Nigdzie, należy natychmiast umrzeć. Za zaoszczędzone pieniądze ZUS postawi nową siedzibę, a NFZ przyklaśnie z radością bo mniej mord do leczenia. Zawsze to oszczędność. Kontrakty ze świadczeniodawcami w założeniach miały wymuszać utrzymanie przez nich pewien poziom jakości. Dla wszystkich w kraju jednakowy. Praktyka pokazała coś innego. NFZ w drodze konkursu stwierdził, że żadna poradnia jest lepsza od działającej na pół gwizdka, a także duży szpital z zastępem lekarzy i sprzętu ma mniejsze szanse na podpisanie umowy od małego POZ. Tak straciliśmy rehabilitacje oraz urologię. Logika poszła się jebać. Jak zwykle uderza to w wielospecjalistyczne placówki. A jakie to placówki? Oczywiście publiczne bo nikogo innego za sprawą kalekich ustaw nie stać na takie rarytasy.

Od 2012 nie mamy kilku poradni. M.in ortopedycznej oraz chirurgicznej. Kiedyś z zerwanym paznokciem albo rozbitym łukiem brwiowym szło się do poradni chirurgicznej, szybkie szycie i won. Teraz trzeba znaleźć sobie innego lekarza. Nikt nie poinformował pacjentów gdzie mają się leczyć, nie wiedzą nawet, że poradni w której leczyli się od X lat już nie ma. Nie ma kto wyciągać dokumentacji bo ludzie zwolnieni, nie ma kto jej przyjmować. Burdel na kołach. Odsyłamy wszystkich do siedziby NFZ po takie informacje. NFZ nie wie co się dzieje i się obraża. NFZ nie jest od informacji. NFZ sam nie wie po co istnieje.

Oddziału Ratunkowego też nie mamy. Największy szpital w okręgu nie ma SORu. Nie ma nikt w okręgu. Nie ma też karetek bo konkurs wygrała Kolumna. Kiedyś szpitale wielospecjalistyczne same się kierunkowały, teraz są rozbierane po kawałeczku aż całkowicie zostaną zamknięte.

Akt trzeci: Zarządzenia Prezesa NFZ

Tak wygląda poprawna forma publikowania aktów prawnych stosowana od bardzo niedawna.

„Zarządzenie zmieniające zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne”

Tak wygląda publikowana przez NFZ

W zarządzeniu Nr 69/2009/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 3 listopada 2009 r. w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zmienionego zarządzeniem Nr 92/2009/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 30 grudnia 2009 r. zmieniającym  zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 32/2010/DSOZ Prezesa  Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 1 lipca 2010 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 51/2010/DSOZ Prezesa  Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 1  września  2010 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 2/2011/DSOZ Prezesa  Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 18 stycznia 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne, zarządzeniem Nr 17/2011/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 6 kwietnia 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne oraz zarządzeniem Nr 20/2011/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z dnia 24 maja 2011 r. zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju: leczenie szpitalne wprowadza się następujące zmiany:

W zarządzeniu zmienia się załącznik nr 1, którego nazwa zmieniła się na 1a, którego nazwa zmieniła się na 1, którego nazwa zmieniła się na 1a, którego nazwa zmieniła się na 1… Razy 15. W 13 odsłonie nie ma załącznika nr 5 a w odsłonie 11 tego opatrzonego numerem 7. Z kolei najnowsza odsłona nie ma nic oprócz treści. Zamiast odwołać się do ostatniego aktu prawnego mamy piękną choinkę. Jak nie przeprowadzisz wykopalisk to się nie dowiesz niczego. Tylko totalny cymbał mógł wymyślić zmienianie nazewnictwa przy każdym nowym zarządzeniu. Widocznie płatne ma nie od sensu treści tylko od ilości bzdur w środku.

Kiedyś dawali też changelog załączników. Teraz są zbyt leniwi i w efekcie każdy świadczeniodawca ma sam sobie szukać zmian. Szukanie zmian w załączniku mającym kilkadziesiąt tysięcy rekordów jest szczytem marzeń każdego. Marnuje się więc papier i toner na wydruk nowych katalogów. Pomyślcie co by się działo gdyby programiści dodawali przy aktualizacji programu tylko fragment kodu do samodzielnego wpisania i skompilowania bez informacji gdzie należy to wklepać. Tak właśnie to działa. Oszczędzanie raz jeszcze.

Epilog

Mój promotor chwalił centralizację służby zdrowia i utworzenie NFZ. Ja miałem odrobinę odmienne zdanie. Byłem jednak zbyt zestresowany żeby na obronie przełożyć to na słowa. Przez czas moich studiów interesowałem się tym zagadnieniem. Interesuje się nim nadal – od strony świadczeniodawcy i pacjenta. Pozwala to zachować obiektywizm. Przez ten czas obserwowałem nieskończoną listę absurdów i całkowitą bezsensowność tworu pt. Narodowy Fundusz Zdrowia. Absurdy powodujące pozorne oszczędności a w efekcie przynoszące tylko straty i chaos. Nikt nad tym nie panuje i nikt nie egzekwuje kar dla tej instytucji. Nikt nie rozlicza popełnionych błędów. Za to NFZ bardzo chętnie egzekwuje błędy wszystkich innych. A to wszystko w majestacie prawa. Osobiście wolałbym utrzymywać nierentowną i niespełniającą wyśrubowanych wymagań (głównie personalnych przekładających się na długość czasu pracy) poradnię raz w tygodniu tylko dlatego, że wykryła tysiące nowotworów zamiast unosić się w myśl zasady „zesraj się a nie daj się”. Albo będzie czynna 5 razy w tygodniu albo wcale. NFZ wybrał opcję drugą. Teraz nie wykryje żadnego bo przestała istnieć. Logika w NFZ nie istnieje, są tylko martwe zasady i bezsensowne wytyczne. Rok w rok marnują mnóstwo pieniędzy podatników na bzdurne procedury mające zrewolucjonizować system zdrowotny w Polsce i rok w rok pokazują, że są całkowicie niepotrzebni.

Szanowny Panie Prezesie Narodowego Funduszu Zdrowia oraz cała banda nierobów z tej instytucji. Z wyrazami szacunku. Idźcie na huj.

Dla Ministerstwa Zdrowia mam oddzielny pęczek hujów do dupy przeznaczony na inną notkę.